Chcę podzielić się z Tobą dzisiaj refleksją nt. oczekiwań innych osób wobec nas i swoją osobistą historią. Często wydaje nam się, gdy będziemy spełniać oczekiwania innych, to będą wobec nas milsi, będą nas bardziej kochali. Dlaczego wciąż wpadamy w pułapkę życia oczekiwaniami innych?

Kochana Czytelniczko Zapisków ze Ścieżki Wilczycy!

Chcę podzielić się z Tobą dzisiaj refleksjami na temat, który uważam za wyjątkowo ważny w kontekście życia w jakościach takich jak autentyczność, poczucie sensu i radości. Chcę Ci napisać trochę o oczekiwaniach innych osób wobec nas, dzieląc się swoją historią.

Dlaczego wciąż wpadamy w pułapkę życia oczekiwaniami innych?

Nie potrafimy asertywnie postawić granic – mówić „nie” i wybierać tego, co jest zgodne z pragnieniami naszego serca. Najczęściej po prostu boimy się reakcji innych osób – ich złości, rozczarowania. I w drugą stronę: wydaje nam się, gdy będziemy spełniać oczekiwania innych, to będą wobec nas milsi, będą nas bardziej kochali. A przecież pragnienie bycia kochanym jest szalenie ważną potrzebą, wypływającą z praktycznie każdego ludzkiego serca. Nawet jeżeli czasami nie chcemy się do tego przyznać.

Mając na szali zaspokojenie tak ważnej potrzeby, przyzwyczajamy innych do tego, że zawsze się zgadzamy, rezygnujemy ze swoich planów, naginamy się. Tym samym wpadamy w pułapkę. Bo rozczarowanie czy niechęć ze strony innych będą tym większe, im dłużej pozwalałaś wejść sobie na głowę, wyrzekałaś się siebie.

Moja historia

W ubiegłym roku miałam pracę, z której początkowo byłam dumna. Była bardzo prestiżowa i wszyscy otwierali usta ze zdziwienia, gdy mówiłam gdzie pracuję. Chociaż nie mogłam rozpowiadać o tym na lewo i prawo. Zajmowałam się mediami społecznościowymi, a przy tym miałam umowę o pracę. Przeniosłam się do Warszawy, zamieszkałam na Saskiej Kępie. Wszystko wskazywało na to, że stabilizuję się. Kilka bliskich mi osób było zachwyconych tym stanem rzeczy. Też dałam się uwieść wizji pt. „możesz osiąść na laurach”.

Było w tym oczekiwaniu kilka mankamentów:

1) Moim życiowym powołaniem jest psychologia a nie media społecznościowe (chociaż strasznie swoje zadania lubiłam!). Ze względu na liczne wyjazdy służbowe miałam problemy z zaliczeniami na studiach.

2) Ludzie są bardzo ważnym składnikiem zadowolenia z pracy. Były tam osoby normalne – miłe, które potrafiły się komunikować wprost, miały dobre/neutralne podejście. Były jednak również takie osoby, które miałam ochotę gołymi rękoma… I takie, których panicznie się bałam. Niestety więcej było osób z tej „poza normalnej” grupy.

3) To nie było miejsce na kreatywność i własną inicjatywę. Nie dla mnie.

4) Do tego dochodził stres i nieproporcjonalne do mankamentów wynagrodzenie.

Mam cholernie przekorną naturę, która pakuje mnie czasem w beznadziejne miejsca tylko dlatego, że chcę komuś coś udowodnić czy zrobić „na złość”. W ten sposób wybrałam liceum, którego nie życzyłabym najgorszemu wrogowi – no chyba, że jest osobą, która nic nie czuje i nie ma ani odrobiny samorefleksji. Jednak ta przekorna natura równie często chroni mnie przed oddaniem swojej duszy w niewłaściwe ręce i spalaniu się w pracy czy w życiu. Bo oczekiwania innych pozostawiam ich nadawcom. Nie potrafię się długo dostosowywać – nie chcę tego, nie mogę zbyt długo pozostawać w podporządkowaniu, w niezgodzie ze swoimi wartościami czy temperamentem. Duszę się, wybucham, uciekam. Wytrwałość to nie branie się za mordę. Dla mnie to systematyczne działanie przy tym, co jest dla nas naprawdę ważne.

Zdecydowałam się zostawić swoją prestiżową pracę i wyjechać za granicę. To nie był prosty związek liniowy: zostawiam to, wybieram to. Najpierw złożyłam wypowiedzenie i zaczęłam szukać pracy w Warszawie, w obszarze około-zawodowym – w szpitalach czy poradniach psychologicznych. Nie mogłam nic sobie znaleźć, a nie chciałam pozostawać w sytuacji braku płynności finansowej czy byle jakiej pracy „za grosze”. Wyjazd za granicę był dla mnie dobrym wyjściem na ten moment. Zaryzykowałam, bo chciałam mieć większą swobodę w wyborze pracy po powrocie. Bez presji czasowej i finansowej. Mimo, że zawiodłam przy tym oczekiwania wielu osób, np. ambicje części rodziny.

Biorę za siebie odpowiedzialność

Tego nauczyłam się o życiu po swojemu: Nie muszę spełniać oczekiwań innych osób i mogę działać w zgodzie ze sobą. Po prostu wtedy biorę odpowiedzialność za swoje decyzje, bo nie ma jej na kogo zrzucić. Odeszło sporo osób z mojego otoczenia. Zweryfikowało się sporo relacji, w które wierzyłam. Straciłam stabilizację i wróciłam do rodzinnego domu. Ale nie żałuję utraty prestiżowej pracy, bo zyskałam szacunek do samej siebie. I prawdę. Czasami bolesną, a jednocześnie bardzo ważną. Wybieram odwagę i autentyczność, bo jestem Wilczycą! 

Kiedy bierzemy życie we własne ręce, dzieje się rzecz straszna: nie ma na kogo zwalić winy.

– E. Jong

Warto zacząć od tego, co nam w duszy gra i czemu chcemy powiedzieć „Tak” w życiu. Wybierajmy realizację tych celów, działań, które są dla nas naprawdę ważne. Jeżeli chcesz, możemy się temu przyjrzeć razem podczas sesji indywidualnych.

To naturalne, ze każdy człowiek może mieć swoje zdanie. Pozwalajmy sobie jednak na to, aby mieć swoje własne i postępować wg. własnego uznania. Mamy prawo podejmować się różnych działań, nawet jeżeli inni ludzie tego nie rozumieją czy nawet są przeciwni. Tak długo, jak kogoś intencjonalnie nie krzywdzimy, mamy do tego prawo. Możemy przy tym wyjaśnić im swoje zachowanie, gdy uznamy to za słuszne czy potrzebne dla budowania naszych relacji, a także gdy druga strona chce zrozumieć nasz punkt widzenia.

Jak rezonują z Tobą te stwierdzenia?

Dajesz sobie prawo do wybierania siebie?


Jeżeli podobał Ci się ten artykuł, zostaw po sobie jakiś ślad, skomentuj go. Możesz także wysłać mi wiadomość na adres: aleksandra@sciezkawilczycy.pl. Napisz kilka słów od serca, będzie mi ogromnie miło 🙂

Z miłością,
Ola Radomska